Z Zachodem, czyli z kim?


                W Polsce debata na temat polityki zagranicznej w mediach bardzo często podlewana jest zbędnymi emocjami, stąd przekaz z nich płynąc potrafi być nadmiernie zideologizowany, bądź filtrowany przez historyczne klisze, które nie oferują niczego realnego. Bolączki, które opisałem powyżej pogłębia ustawiczne wykorzystywanie spraw zagranicznych w gierkach wewnętrznych na terenie naszego kraju. Ilustruje to fakt, że nie jest to tylko przypadłość mediów, tak samo zachowują się politycy, którzy w większości zdają się nie mieć bladego pojęcia o tym co dzieje się poza naszym krajem. Szczytem ich zainteresowań jest najczęściej Bruksela lub Waszyngton.
            
  
Silna Polska w jednoczącej się Europie
         
     
Zwolennicy dalszego pogłębiania integracji wewnątrz Unii Europejskiej wskazują, że skok cywilizacyjny jaki wydarzył się w Polsce nie byłby możliwy bez parcia w stronę tej struktury, a następnie zakotwiczenia w niej. Na tej płaszczyźnie nie ma oczywiście mowy o sporze. Zachodni kapitał był kołem zamachowym dla naszej gospodarki. Próba wykazania, że było inaczej wydaje się być domeną politycznych i naukowych outsiderów. Obserwacja otaczającego świata z perspektywy planety pokazałaby nam jedną rzecz. Nie było po II wojnie światowej cudu gospodarczego, który nie działby się bez współudziału lub za przyzwoleniem międzynarodowego kapitału, silnie powiązanego z Zachodem.
          
    
Z geopolitycznego punktu widzenia jest już oczywiste, że pojedyncze państwa europejskie staną się w ciągu najbliższych dekad politycznym planktonem na mapie silnie skomunikowanej Eurazji. Eksperci też są raczej zgodni, nadchodzi stulecie Azji. Państwa azjatyckie są w stanie zaoferować nieprzebrane zasoby taniej siły roboczej. Jeżeli wielkie projekty infrastrukturalne, które realizują obecnie Chińczycy zakończą się choćby częściowym sukcesem to staniemy się świadkami olbrzymiego skoku w jakości życia setek milionów ludzi - w Państwie Środka wyciągnięto z biedy 800 milionów obywateli od czasów zainicjowania przemian gospodarczych przez Denga Xiaopinga w 1978 roku, powstała największa na świecie klasa średnia (oczywiście w liczbach bezwzględnych, nie jako procent społeczeństwa). Wielce prawdopodobne jest, że gdy poprawi się komunikacja wewnątrz mas lądowych Eurazji to z czasem doprowadzi do otwarcia wielkich rynków zbytu i wyrośnięcia silnych gospodarek w regionie. Wszystko to powinno utwierdzać nas w przekonaniu, iż jedynym wyjście dla utrzymania jakieś formy konkurencyjności, ale również stabilności politycznej będzie dalsze pogłębianie integracji europejskiej.

                W dobie globalizacji i przyśpieszenia historycznego, które wraz z rozwojem technologii może okazać się być "nową codziennością", a nie skokowym wejściem w "okres przesilenia", warto postawić na pogłębianie relacji tam gdzie już są pewne fundamenty. W ramach UE znajduje się czterech z siedmiu naszych sąsiadów, w dodatku są to kraje lepiej rozwinięte. Tylko 5 państw UE: Niemcy, Czechy, Włochy, Francja i Holandia jest odpowiedzialne za aż 48,7% wartości całego eksportu w 2017 roku. Wśród 6 krajów, do których Polacy sprzedają najwięcej jedynym, którego nie zaliczyłem do UE jest Wielka Brytania. Są obserwatorzy, którzy mówią jeszcze o powtórzeniu referendum, ale moja wiara w cofnięcie Brexitu nie kazałaby mi formułować takich myśli. Statystyki importu zaburza natomiast obecność "fabryki świata" i "surowcowego zaplecza świata", czyli Chin i Rosji. Lecz nawet poza nimi, sam import z Niemiec, Czech, Francją i Włochami to aż 47,4% całości. W obu zestawieniach wysokie pozycje zajmują zarówno Niemcy jak i Czechy - nasi sąsiedzi, członkowie UE. [źródło: CIA Factbook]
        
      
Generalnie wszystko to streścić można do stwierdzenia, że jesteśmy tym bezpieczniejsi i stwarzamy tym lepszy klimat dla rozwoju obywateli im stabilniej zakorzenieni jesteśmy w strukturach unijnych. Daje nam to pewne korzyści gospodarcze, polityczne plus coś co można nazwać "bonusem dobrosąsiedzkim".
      
        
Kapitan Ameryka i przeklęta geografia
      
        
Po drugiej stronie sporu stoi przekonanie, że Unia Europejska w obecnym kształcie jest nie do utrzymania. Rozdzierają ją wewnętrzne konflikty, które z całą mocą unaoczniły się w trakcie ostatniej dekady od kryzysu finansowego z 2007 roku. Dalsze pogłębianie integracji w obecnym momencie może spowodować pewne polityczne sprzężenie zwrotne, które po prostu doprowadzi do dezintegracji wspólnoty.
     
         
Zwolennicy eurosceptycznych teorii, nie bez pewnych racji, wskazują, że każda ideologiczna nadbudówka do Unii (przez co rozumieją praktycznie każdą aktywność poza gospodarczą) jest skazana na niepowodzenia i na dłuższą metę nie wytrzyma zderzenia z rzeczywistością, bo kraje mają diametralnie różne doświadczenia historyczne i interesy polityczne. Koronnym przykładem mają być wydarzenia na Ukrainie, gdzie Europa "przesypia" kluczowe momenty. Dzisiaj nie dość, że nie jest ani krok bliżej rozwiązania to jeszcze dopuściła do dalszego skomplikowania sytuacji, zwłaszcza w kontekście blokowania żeglugi przez cieśninę kerczeńską. Nawet jeżeli temperatura konfliktu spadnie, to tamtejszy most już stoi i nie zanosi się na jego zburzenie. W podobnym tonie można interpretować kryzys migracyjny, gdzie odwrotnie, biedniejsze kraje ze wschodu, nie czują jedności, gdy Południe zmagające się z problemami na miejscu prosi o pomoc. Zresztą okazało się już dawno, że nie chodzi tylko o "biedniejsze kraje ze wschodu". W zeszłym tygodniu pomysł przeniesienia nieintegrujących sięprzybyszy na małą bałtycką wyspę został przedstawiony przez Panią minister Inger Stojberg, która zasila szeregi duńskiego rządu. Jakby tego było mało - wymieniają eurosceptycy - Unia próbuje narzucać państwom rozwiązania światopoglądowe. Być może to prawda, być może nie - faktem jest, że wśród obywateli UE nie ma konsensusu światopoglądowego nawet co do najbardziej podstawowych spraw i każda próba kładzenia jakichkolwiek fundamentów w tej przestrzeni będzie wykorzystywana przez część polityków jako dowód na oderwanie Brukseli od spraw codziennych obywateli.
     
         
Last but not least, wielu wskazuje również na pogłębiającą się zależność gospodarczą całego kontynentu od Niemiec, przesadną komplikację przepisów, sensowność wchodzenia do unii walutowej w momencie, gdy dużo krajów strefy Euro ma szereg problemów głębokich strukturalnych problemów ekonomicznych (Portugalia, Grecja, Hiszpania, Włochy, Francja).
          
    
Wiele osób zastanawia się również na głos jak wyglądać będzie ewentualna Europa, gdyby nastąpił rozwód Zachodu i USA zmieniłoby swoją politykę uwalniając siebie od obciążeń sojuszniczych i utrzymywania wojsk i Stary Kontynent od obecności amerykańskiej trwającej już ósmą dekadę stałej obecności zapewniającej parasol ochronny. Część zastanawia się jak długo Niemcy pozostałyby "łagodnym hegemonem" i jak hamowane byłyby ewentualne oznaki niesubordynacji mniejszych krajów przez Berlin bez "transoceanicznego kagańca". Oczywiście wiele osób może teraz przewracać oczami na takie argumenty, ale jakie mieliśmy podstawy w 2007 roku żeby myśleć, że następna dekada potoczy się tak jak to miało miejsce? Kto obstawiał, że w dekadę od Igrzysk Olimpijskich w Pekinie będzie trwała wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami? Ile by się znalazło chętnych żeby postawić pieniądze na de facto rosyjski Krym? Ile osób w Doniecku, gdy miejscowy Szachtar wygrywał w 2009 roku finał pucharu UEFA przypuszczał, że za kilka lat ich dom będzie przypominał bardziej Górski Karabach niż tętniącą życiem metropolię?
     
         
 Pomyślmy o tym przez pryzmat sondaży mówiących o tym, że 42% Niemców chce by wojska amerykańskie opuściły ich kraj. Spojrzenie na problem z perspektywy mapy świata nasuwa wniosek. Pozbawiona balansującego wpływu amerykańskiego cała Europa prawdopodobnie stanie się jeszcze bardziej uzależniona od dobrej woli Belina. Oczywiście dzisiaj społeczeństwo za Odrą jest nastawione raczej pokojowo, ale nie ma żadnych gwarancji, że tak samo będzie za kilka dekad. Część obserwatorów uważa, iż ten "balansujący wpływ" jest jednym z czynników dla, których nie ma jeszcze otwartego odprężenia w temacie Ukrainy. Niezależnie od tego na ile słuszny jest ten wniosek należy zauważyć, że na ten moment armia niemiecka jest relatywnie słaba wobec czego sama prawdopodobnie nie byłaby w stanie wywierać nacisku na Moskwę, gdyby ta postanowiła rozwiązać sprawę ukraińską w bardziej zdecydowany sposób. Jeżeli "geopolityczna pogoda" pogorszyłaby się jeszcze bardziej. Możliwe, że w takim scenariuszu Kijów znowu wpadłby w orbitę bezpośrednich wpływów Rosji. W konsekwencji tego pozycja Polski stałaby się bezalternatywna, prawdopodobnie tylko prozachodni kurs mógłby nam  umożliwiać chociaż rozwój gospodarczy.
       
       
Miejsce Polski
      
        
W mojej opinii obie strony sporu ma swoje argumenty i słuszne uwagi, natomiast budowanie polityki zagranicznej w opozycji, do którejkolwiek z tych stron jest moim zdaniem błędne. Tak jak ze zrozumieniem pokiwam głową, gdy ktoś będzie opowiadał mi o oderwanych brukselskich elitach, tak ewentualny POLEXIT uważam za największą potencjalną katastrofę jaka mogłaby się nam na arenie międzynarodowej przytrafić. Podobnie z ojcowską cierpliwością wysłucham narzekań na Trumpa, lecz pomysł ochładzania relacji z Ameryką ze względu na naturę obecnej administracji nazwałby, najdelikatniej mówiąc, chybionym.
     
         
Dzisiaj Polska zajmuje ważne, co raz ważniejsze, miejsce zarówno w głowach naszych sojuszników jak i na mapie świata. Stawianie wszystkiego na jedną szalę uważam za polityczny obłęd. Podobnie rozmowy o poprawie ewentualnych relacji z Rosją lub Chinami kosztem, którejkolwiek z omawianych opcji  są moim zdaniem wzięte z księżyca. Nie twierdzę, że stosunki z Pekinem, a zwłaszcza z Moskwą wyczerpują znamiona choćby zadowalających, ale, po pierwsze ich ewentualne polepszenie nie może stać w sprzeczności z dotychczasowymi zobowiązaniami, a po drugie to temat na inny wpis.
    
          
Wracając do sedna. Należy mieć z tyłu głowy, że każda ze stron ma wobec nas swoje plany. Tak jak Niemcy mogą dosypywać co jakiś czas kapitału (bo ma to sens dla obu podmiotów), tak nie sądzę żeby z radością przyjęły próby budowy silniejszej pozycji politycznej naszego kraju. Podobnie Amerykanie z przyjemnością sprzedadzą nam broń, być może stała baza w Polsce stanie się faktem, ale nie miejmy wątpliwości, próby używania nas przez Waszyngton instrumentalnie w rozgrywkach z Moskwą i Berlinem będą miały miejsce. Niezależnie od tego jak potoczy się sytuacja międzynarodowa, relacje zarówno z Unią jak i z Ameryką stanowią dwa filary Polskiej pozycji na świecie i dopóki nie nastąpi jakaś mityczna "godzina próby" z żadnego z nich nie powinniśmy rezygnować.
               

Komentarze