Co dalej z lewicą?


Można długo debatować kto jest większym zwycięzcąwyborów samorządowych. Sukces ogłosiły - oczywiście - obie strony. PiS i cały obóz rządzący zauważają, że znacząco zwiększyli swój stan posiadania w sejmikach, zaś Koalicja Obywatelska cieszy się z uratowania dużych miast i symbolicznego zatrzymania "brunatnych sił". Patrząc z innej perspektywy nie sposób jednak się nie zastanowić, czy wynik PiSu nie powinien być wyższy skoro jest "tak dobrze", a telewizja publiczna praktycznie co wydanie Wiadomości odgrzewa taśmy i grilluje opozycje za wypowiedzi sprzed lat? Czy KO faktycznie odniosła sukces, skoro jej wynik procentowy będzie niższy niż PO i Nowoczesnej razem wziętych w poprzednim - parlamentarnym - plebiscycie?

Minęło już trochę czasu i co raz częściej pada jednak inne pytanie. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla rodzimej lewicy?

Co jest? Co widać?

 W tym momencie Barbara Nowacka jest kolejną twarzą lewicy, która została wchłonięta przez obóz liberalny (nazwijmy go tak umownie). Za kilka lat fakt, że swoją karierę zaczynała ona w innym ugrupowaniu będzie zapewne ciekawostką w życiorysie taką jaką dziś stanowi polityczny rodowód Arłukowicza. Można się pocieszać, że dzięki temu PO przejmuje pewne postulaty i jest zmuszona mówić "lewicowym językiem", tylko czy o to naprawdę chodzi? Czy nie jest to po prostu kwestia zeitgeistu i nie wpisuje się w szerszy ogólnoświatowy kontekst ( globalne: lud versus establishment, lokalne: PiS versus antyPiS)? Moim zdaniem tak właśnie się dzieje. Być może tak będzie, że wielu potencjalnych wyborców zagłosuje na PO z obawy przed straconym głosem, skoro nawet liderzy lewicy uciekają do Koalicji Obwyatelskiej. Inaczej mówiąc: będzie to prowadzić do dalszej eskalacji wojny polsko-polskiej, czyli dramat trwa, ale przynajmniej część sejmu mówi "ministra" zamiast "pani minister"! Na marginesie dodam tylko, że ten wyrywkowy "lewicowy język" jest w PO już od kilku dobrych lat, przecież mieliśmy ministrę Muchę i to było jeszcze przed Euro 2012.

SLD jest skończone? Nawet pomimo dobrych przedwyborczych sondaży okazało się, że Sojusz jest już po prostu za słaby. Jest za mało sexy dla nowy wyborców i nie ma nic do zaproponowania, bo nawet jeżeli będą chcieli zmienić Czarzastego to na kogo? Wenderlicha? Senyszyn? Millera? Naturalny elektorat SLD już kruszeje, a dynamika przypływu nowego od 2007 roku spada. Pamiętacie dziś "fatalne" wyniki Napieralskiego? Teraz w siedzibie Sojuszu chyba złożyliby jakiegoś członka w ofierze żeby móc do tego nawiązać. Z drugiej strony SLD to wciąż jedyna partia z tej strony spektrum z rozwiniętymi strukturami - stanowić to będzie ich (jedyny) atut w każdej układance po lewej stronie.

Na deser zaś zostawiłem partię Razem, bo ona jest przypadkiem najciekawszym. W poprzednich wyborach, będąca tworem praktycznie znikąd formacja ta zdobyła ponad 3% głosów. Dzisiaj po tym wyniku i po tej atmosferze nie ma już ani śladu, dlaczego? Jednym z wytłumaczeń, moim zdaniem najbliższym prawdy, jest porzucenie centrowego przekazu. W trakcie pierwszej kampanii kierownictwo - odniosłem takie wrażenie - starało się pilnować żeby nie wychodzić do przodu ze sprawami światopoglądowymi, a akcentować raczej te socjalne. Przez ostatnie 3 lata zaś można było odnieść wrażenie radykalizacji  partii. Widać to zwłaszcza po fanpejdżach. O ile centrala trzyma jeszcze poziom, o tyle różne lokalne oddziały potrafią być już siedliskami kompletnych lewicowych szurów. Mem o 10 latce walczącej z patriarchatem, który został opublikowany na "Razem - Berlin" jest już klasykiem tego gatunku. Zresztą w serii infografik, czekam już tylko na taką, która wykaże jakie są plusy ze zniesienia biedy.

A gorzka prawda jest taka, że jeżeli lewica chce te czy inne wybory wygrać musi zrzucić z tonu w sprawach światopoglądowych. Szarego człowieka w Polsce nie grzeją żeńskie nazwy zawodów czy związki partnerskie. Trzeba skończyć z idealizmem i kompletnym zmienianiem świata na kartach programów, a czas zacząć realne działania. Trzeba skończyć z postawą, że im bardziej będziemy radykalni tym pełniejsze będzie nasze zwycięstwo kiedy już przyjdzie. Trzeba skończyć z myśleniem, że każde odejście od dogmatów jest zdradą "prawdziwej" lewicy. Nastał czas kompromisów i realnego działania w rzeczywistości - choćby nie wiem jak ona się nam nie podobała. Gdyby społeczeństwo było tak progresywne jak chce tego część lewicowych baniek informacyjnych to partia mająca 5% na bank w sejmie już by dawno się znalazła.

Czego lewica nie chce widzieć?

 Wciąż 40% Polaków chodzi do kościoła. Nawet jeżeli wielu z nich ma złe zdanie o księżach i hierarchach to jest to znacząca liczba, przy czym należy dodać, że odsetek wierzących jest jeszcze większy. Czy w takim kraju podnoszenie tematu obecności symboli religijnych w sferze publicznej jest uzasadnione? Obawiam się, że nie jest to problem większości obywateli. Co więcej każdy atak na kościół będzie łatwy do wykorzystania przez prawicę. Religia wciąż zajmuje ważne miejsce w sercach wielu Polek i Polaków - piszę to jako osoba niewierząca już od kilkunastu lat. I chociaż sam na lekcje religii nie chodziłem, kiedy mogłem o w końcu zadecydować,  to jednak byłbym ostrożny z wyrzucaniem jej ze szkół, są inne środki, które można przedsięwziąć - mniej drastyczne. Ustawowe przeniesienie tych zajęć zawsze na początek lub koniec dnia. Podkreślenie fakultatywności poprzez wymaganie zgody rodziców na uczestnictwo w takich zajęciach (zamiast stanu obecnego, gdzie zgodę trzeba przynieść jeśli na zajęcia uczęszczać nie zamierzamy). Maksymalnie jedna godzina w tygodniu. Generalnie chodzi o to aby uniknąć kopernikańskiego przewrotu w tej materii i nie nastawiać się na załatwianie generacyjnych procesów na przestrzeni jednej kadencji. Należy wykorzystać fakt, że również w środowiskach kościelnych czekają potencjalni sojusznicy (Tygodnik Powszechny, Magazyn Kontakt) i nie zamykać się na dialog z nikim.

Sytuacja kobiet jest diametralnie inna niż na "Starym Zachodzie". Ze względu na biedę, która dominowała w Polsce u nas kobiety rzadziej były marginalizowane i traktowane jako dodatek dla swojego mężczyzny z jednego choćby faktu musiały chodzić do pracy. Nie mówię, że zjawiska tego nie było, ale że jego skala była mniejsza. Nie podważam tutaj faktu, że kobiety mają w wielu przestrzeniach życia o wiele bardziej pod górkę niż mężczyźni. Musi być jednak coś co powinno zmuszać do myślenia: dlaczego dziś wiele kobiet nie jest w stanie utożsamić się z walką o swoje prawa, które proponuje im lewica? I nie możemy wszystkiego zrzucić na patriarchat i kulturę. Kiedy ostatnio w TVN24 pewna feministka zaczęła się irytować, że czemu to kobieta musi iść na macierzyński a nie mężczyzna to jej przekaz trafiał w próżnie. Kobieta ma z dzieckiem specjalną więź i to mówi mi każda matka jaką poznałem. Fakt - są kobiety, które chcą się od razu po ciąży dalej realizować w pracy - trzeba jasno powiedzieć, że nie ma w tym niczego złego, nie świadczy to o nich jako o gorszych matkach, ale jest to postawa rzadka i próba budowania symetrii w świadomości wyborców, że jedno i drugie wyjście (macierzyński i tacierzyński) wpisuje się w jakąś normę może powodować u nich dysonans, który prawica łatwo wykorzysta jako "lewackie oderwanie od rzeczywistości". Nawet, jeżeli nie jest to prawda i faktycznie może dla wielu osób być czymś oczywistym.

Napawa trwogą fakt, że w wielu miejscach: na łamach prasy, w Internecie czy na facebooku rozmowa o potencjalnym stępieniu ostrza "rewolucji normalności" jest odbierana jako zdrada ideałów. Poprzez "rewolucję normalności" mam na myśli wszelkie działania, które miałyby sprawić, że pod względem prawa obyczajowego Polska przyjęłaby część rozwiązań z Zachodu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że brutalnie generalizuję, bo sytuacja wygląda różnie w różnych krajach, ale umówmy się na pakiet ustaw: aborcja, związki partnerskie, legalizacja marihuany, eutanazja, zerwanie/przepisanie konkordatu. Myślę, że teraz jest bardziej zrozumiałe jakie zmiany mam na myśli. Pozwoliłem sobie ująć jednak to sformułowanie w cudzysłowie, gdyż moim zdaniem ta propozycja normalności jest zbyt daleka od normalności zastanej. Co więcej, wiele osób na - niewielkiej przecież - scenie lewicowej, nie próbuje się nawet ograniczać do postulatów "rewolucji normalności", ale chce nawet tu i teraz być w awangardzie światowego postępu.

Ściągnąć nogę czy docisnąć gaz?

Tutaj czas jest przywołać jeszcze jednego bohatera poletka - Roberta Biedronia, który ma w tym momencie dodatkowy as w rękawie. Dobry wynik byłego prezydenta Słupska - pierwszego otwartego geja w sejmie polskim - byłby w zasadzie otwartą furtką dla rozpoczęcia poważnej debaty o związkach partnerskich i innych elementach "rewolucji normalności" bez rzucania jakichkolwiek deklaracji w okresie kampanii, ale podkreślam jeszcze raz warunkiem jest dobry wynik, przynajmniej dwucyfrowy. Robert Biedroń słusznie - moim zdaniem - skupił się na tematach socjalnych takich jak, wykluczenie komunikacyjne, standard mieszkań komunalnych, sytuacja związków zawodowych, samotnych matek, emerytów, eksmisji i wszystkich tych drobnych tematów, które sprawiają, że przyziemne życie milionów Polek i Polaków jest cięższe. W tym wachlarzu tradycyjnie znajduje się też służba zdrowia, reforma sądownictwa, edukacji, decentralizacja administracji państwowej, a także, z nieco innej beczki, sensowność utrzymywania senatu.  Kwestia smogu po ostatnich wyborach również jest już pełnoprawnym członkiem tego klubu - a więc pośrednio cała ekologia jako taka.

Z drugiej strony Robert Biedroń zaczął przyciągać na spotkania tłumy ludzi i coraz częściej (jak w wywiadzie z naTemat) mówi o tym, że to właśnie kościół najbardziej wkurza Polaków. Jest coś w tym, że Kler pobija rekordy, ale pamiętajmy, że ten sos w rodzimej polityce już był i zawsze średnio się przyjmował. Tusk nie chciał klęczęć przed księżami (a w epoce kamienia łupanego - 2005 - brał przecież na szybko ślub kościelny). Palikot miał pogonić "czarną mafię", a dzisiaj wśród najmłodszej generacji wyborców zapewne jest postacią anonimową. 

Gdyby PiS zamknął się na swój elektorat w 2015 roku nie mieli by władzy. Mieliby to swoje 20% żelaznego elektoratu, który ulepili z różnego rodzaju "przegranych transformacji". Wchłonęli Samoobronę, wchłonęli całą katolicką prawicę i mogli tak trwać i przegrywać kolejne wybory, ale ktoś poszedł po rozum do głowy. Schował Kaczyńskiego, schował Macierewicza, przestał bić w plemienne bębny, efekt? Uzbierali drugie tyle z centrum i z tych, którzy zatrudnieni na śmieciówkach czekali na obietnice lepszego jutra, bez mówienia im, że teraz jest super! Ten elektorat za chwilę będzie stał porzucony w rozkroku, pomiędzy PiSem, który pozostawiony sam sobie łapie już regularnie zadyszki, a beznadziejną Platformą, która w pełni zasługuję na przydomek "totalnej opozycji". Ktoś wie jaką partią jest dzisiaj PO? Lewica? Centrum? Co myślą o 500+? Co myślą o czymkolwiek? Niewiadomo, ale na pewno nie to co PiS!

I tutaj jest szansa - chciałoby się napisać jak co wybory - żeby przełamać ten duopol, który marnuje Polskę na naszych oczach. Przecież w 2005 ci politycy mieli ramię w ramię naprawiać ten kraj! Po prostu szkoda już czasu na symboliczne zwycięstwa w cieniu partyjnych naparzanek. Nawet jeżeli nam się to nie podoba to "tutaj jest jak jest". Wielu wielu Polaków kocha imprezy masowe, które pozwalają im demonstrować w jakiś sposób swój patriotyzm: wyprzedane bilety na skoki narciarskie, kadra piłkarska, która potrafi przyciągać komplety nawet w gorszych momentach (bo przecież "wszyscy jesteśmy drużyną narodową"), wszechobecne na koncertach flagi Polski, a w mniej przyjemnym dla niektórych wydaniu nawet Marsz Niepodległości regularnie przyciągający kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Wielu wielu Polaków słucha Disco Polo, chodzi do kościoła i robi te wszystkie rzeczy, które nie mieszczą się w kanonie zranionego inteligenta.  W obecnych czasach wszyscy żyjemy w bańkach informacyjnych i chociaż wychodzenie z nich jest procesem bolesnym jest również procesem niezbędnym, jeżeli chcemy podnieść poziom naszej demokracji. W najbliższej kampanii wszystkie osoby związane z lewicą muszą mieć z tyłu głowy świadomość, że dla dużej ilości elektoratu tematy spod znaku "eutanazja" to "tematy Macierewicze", które będą powodowały głęboką polaryzację i które jak wykazałem powyżej powinny być schowane na czas kampanii. Niedawno ukazał się sondaż, w którym potencjalna partia Biedronia ma około 8% poparcia, zaś cała lewica razem około 15%. Zamiast śnić o idealnych postulatach i dojrzałym do naszych wizji elektoracie lepiej skupić się na próbie wypełnienia istniejących ram i dojrzeć do istniejącego elektoratu. Dobry krawiec nie marzy o materiale, który może mieć tylko szyje z tego co ma.

Komentarze