Kiedy w 2014 Rosja zajmowała Krym i wysyłała "zielone
ludziki" do Donbasu piewcy realpolitik wychwalali Putina pod niebiosa. Oto
on jeden, przeciwstawił się "miękkiemu" Zachodowi i wobec jego
obojętności postanowił bronić świętych praw swojego narodu do mieszkania w
granicach jednego państwa i posiadania własnej strefy wpływów w Europie
Wschodniej. "Geniusz! Robi to co chce chociaż ma najsłabsze karty przy
stole" - pamiętacie te peany? Mijają 4 lata i z tamtej atmosfery
zostało niewiele.
W końcu w 2018 władze w Moskwie musiały zdecydować się na podwyższenie wieku emerytalnego. W rosyjskich warunkach wygląda to tak, że teraz mężczyźni zaczną pracować praktycznie do śmierci. Polak na "emie" pożyje jeszcze 12 lat, Rosjanin, połowę tego - abstrahuję już nawet o jakości tego życia, bo jednak warunki pracy i życia w Polsce są "statystycznie" lepsze. Będąc przy przewidywanej długości życia mężczyzn, wskaźnik ten w przypadku Rosji wynosi 71 lat (dla naszego kraju prawie 78). Domyślacie się w jakim towarzystwie jest nasz wschodni sąsiad?
150. Ukraina 72,1
151. Honduras 71,2
152. Kazachstan 71,1
153. Nepal 71
153. Rosja 71
153. Mołdowa 71
156. Kirgistan 70,9
157. Korea Północna 70,7
21 października przebywając akurat w domu rodzinnym z okazji wyborów samorządowych włączyłem sobie z ciekawości rosyjskie wiadomości. A tam, jak grom z jasnego nieba spadło na mnie info, że w Woroneżu ludzie urządzają sobie akty społecznego nieposłuszeństwa, dlaczego? Zabili dziennikarza śledczego? Ukamienowali homoseksualistę? Nie, nic z tych rzeczy. Otóż w milionowym przeszło Woroneżu zaczęto kasować ludzi za... parkowanie aut! Objętość rosyjskich portfeli poza Moskwą i Petersburgiem nie jest na to gotowa. Społeczeństwo jest zbyt biedne, żeby płacić za parking, a państwo zbyt biedne żeby nie zdzierać z obywateli. Koło się zamyka - trzeba
czekać na podwyżkę cen surowców energetycznych. Który to już raz?
Ruski mir trzeszczy
Największy cios grupa Putina otrzymała ostatnio jednak z innej strony. Synod w Konstantynopolu postanowił przychylić się do ukraińskich próśb i utworzona zostanie tamtejsza autokefaliczna cerkiew prawosławna. Dla rosyjskiej cerkwi oznacza to odpływ olbrzymiej ilości wiernych (około 1/3) i przede wszystkim co za tym idzie... pieniędzy! A Moskwa potrzebuje pieniędzy! - jak wykazaliśmy wcześniej. Od czasów carskich, przynajmniej od Iwana Groźnego tamtejsze świątynie i ich gospodarze są faktycznie mocno powiązani z władzą świecką, brak pieniędzy może ograniczyć "działalność misyjną", zasięg i siłę oddziaływania cerkwi. Oczywiście już zaczynają się pierwsze narracje, że wierni na Ukrainie, którzy pozostaną przy Moskwie są zagrożeni, ich świątynie będą atakowane. Ilość tego typu plotek z czasem będzie zapewne się zwiększać.
Wracając do 2014 chciałbym zauważyć jeszcze jedną rzecz. Konflikt na Krymie i w Donbasie na dłuższą metę okazał się być jednak katalizatorem przemian na Ukrainie i to jest prawdziwa porażka Kremla. Dzisiaj coraz więcej osób mówi w rodzimym jeżyku. W związku z wyjazdami na Zachód (do Polski) młodzi Ukraińcy mają okazje na własne oczy zobaczyć kraj, który szybko zerwał więzi z Rosją i mimo iż był na początku lat 90 miał niższe PKB na głowę od ich ojczyzny to teraz dogania już biedniejsze kraje starej Unii. Widzą różnicę. Sojusz z Moskwą nigdy nie da Kijowowi tego kapitału, który pozwoli rozhuśtać tamtejszą gospodarkę, nigdy nie da tych inwestycji w infrastrukturę i nigdy nie będzie wywierał presji na obniżenie poziomu korupcji, a raczej może grać na jego konserwacje. Dodatkowo możliwość wyjazdu do Soczi, Archangielska czy Wołgogradu nie dla każdego jest równie kusząca co Mediolan, Walencja czy Amsterdam. Przyjaźni ukraińsko-rosyjskiego nie pomaga również fakt, że na froncie wciąż umierają ludzie. Papierkiem lakmusowym przemian niech będzie sondaż w sprawie, o której pisałem wyżej - zimnej wojny konfesyjnej - 45% wiernych pójdzie za Kijowem, tylko 17% zostanie z Moskwą. Można przypuszczać, biorąc pod uwagę obecną dynamikę przemian, że z czasem różnica ta będzie się tylko pogłębiać.
Matrix prowokacji
Przy wszystkim co napisałem wyżej opowieści o rzekomych prowokacjach ukraińskich okrętów w cieśninie kerczeńskiej brzmią jak dowcip, w którym najzabawniejsze są te niewypowiedziane pointy o tym jak niedawno wybudowany przez Rosjan most zmniejszył możliwości żeglugi po morzu azowskim statków eksportujących w świat ukraińskie rudy metali i płody rolne (według niektórych szacunków 70% całego eksportu), łamiąc jednocześnie warunki umowy dwustronnej z 2003 roku, albo fakt, że ukraińska flota została zatrzymana na wodach międzynarodowych Morza Czarnego, nie zaś w cieśninie kerczeńskiej.
Wszyscy znamy te historię o mniejszych i słabszych, którzy prowokują silniejszych. Ten scenariusz powtarza się w historii regularnie, zazwyczaj gdy pojawia się jedno państwo mające silną armię i trochę na bakier z demokracją oraz drugie słabsze od niego i położone w bliskim sąsiedztwie. Niemcy tylko chronili mieszkańców Sudetenlandu przed opresyjnym praskim reżimem w 1938r. Rok później uczciwie odpowiedzieli na atak na radiostację w Gliwicach. W 1937 roku Japończycy zostali brutalnie sprowokowani na moście Marco Polo w Chinach i 6 miesięcy później znowu, bo przecież wszyscy wiedzą, że nie ma nic bardziej prowokującego niż ochrona własnej stolicy. Wobec tego Nankin spotkała "zasłużona" rzeź, która według różnych szacunków pochłonęła od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy ludzkich istnień. A wystarczyło się nie bronić!
Moskwa też ma swoje piękne zapiski na tych kartach. W 1939 Finowie ostrzelali przygraniczną wioskę w ZSRR. Zagrożenie było poważne, niedaleko znajdowało się przecież miasto Lenina - wodza rewolucji! Była zbrodnia to dosięgła ich sprawiedliwa kara. Gruzja również sprowokowała Rosję w 2008 próbując przywrócić integralność terytorialną swojego kraju po kilkunastu latach - czy może być coś bardziej bezczelnego? Odpowiedź była znowu adekwatna rosyjskie czołgi zatrzymały się przed Tbilisi i tylko dlatego, że akurat w trybie ekspresowym przylecieli goście z zagranicy z Lechem Kaczyńskim na czele. Nie mówiąc już o niespokojnym mołdawskim żywiole, którego prowokujące zachowanie (zabicie rosyjskiego studenta w gorącym okresie po 50 latach okupacji ) sprawiło, że zagrożone zostały najważniejsze interesy Moskwy w związku z tym po upadku ZSRR pozostawili tam swoją 14. armię żeby pilnowała porządku. O prowokatorach z Budapesztu, Pragi i Gdańska (kolejno 1956, 1968 i 1980) nawet nie będę wspominał. Tylko czekać, aż nota dyplomatyczna krajów bałtyckich w sprawie Ukrainy uderzy z całą siłą w Kreml, który na taką prowokacje będzie mógł odpowiedzieć tylko starym sprawdzonym użyciem siły.
Prawa i obowiązki
Moskwie wyraźnie kończy się kasa, a obywateli trzeba przekonać, że bezpieczeństwo jest najważniejsze i każda kopiejka, który zamiast na masło idzie na armaty to kopiejka dobrze spożytkowana. Sytuacje komplikują wybory na Ukrainie, na które Rosja wpływa de facto swoimi działaniami już teraz. Temat aneksji morza azowskiego będzie powodować radykalizacje retoryki wojennej w trakcie kampanii wyborczej nad Dnieprem. Będzie to wykorzystywane przez propagandę przeciwnika. W tym miejscu nie wolno zapominać, że akurat Ukraina poza buńczucznymi słowami wiele krzywdy Rosji zrobić nie może, na odwrót póki co DZIEJE SIĘ odwrotnie. No i ogranicza to jednak swobodę działania Kijowa. Nie jest to przyłączenie lądu, ale w zasadzie zamyka kawałek ukraińskiego wybrzeża zabierając mu geograficzny atut, jak i realne pieniądze. Jest to też sygnał, że Rosja w jakieś bliższej lub dalszej perspektywie czasowej może podjąć działania zmierzające do zabezpieczenia drogi lądowej na Krym, czyli, dosadnie mówiąc, oderwaniu jeszcze jakiegoś kawałka terytorium dla siebie.
Tymczasem w Polsce i ePolsce poza notą dyplomatyczną i słowami wsparcia, Internet wypełnia przeraźliwy jazgot. "NIE PROWOKOWAĆ ROSJI/ NIE MACHAĆ SZABELKĄ!", więc pytam, gdzie jest granica? Co wolno nam zrobić? Możemy zaprotestować? Możemy wysyłać na Ukrainę instruktorów? Czy wolno nam bezkarnie zdywersyfikować źródła energii, jeżeli Rosja nawet nie udaje, że traktuje nas jak normalnego partnera do negocjacji? Domaganie się zwrotu Tupolewa było, w którymś momencie prowokacją? Czy jeżeli na osiedlu jest jeden oprych, który terroryzuje innych to mamy udawać, że nic się nie dzieję, bo dzisiaj rozrabia dwa domy dalej?
Polska ma większą wymianę handlową z Niemcami niż Rosja - w każdym możliwym aspekcie wielkość całkowita, import, eksport. Za Odrą zaczyna się też spóźniona dyskusja o tym co zrobić z Nord Stream 2 i pierwszy raz mamy tak głośne głosy sprzeciwu: Der Spiegel, Frankfurter Allgemeine Zeitung, Annalena Baerbock (szefowa rosnących w siłę Zielonych). Niezależnie od tego czy powstrzymanie projektu jest jeszcze możliwe (w tym momencie wydaje się, że nie) nasz kraj ma prawo i obowiązek formułować na arenie międzynarodowej własne zdanie i próbować wpływać na swoich sojuszników. Nie róbmy sami z siebie pariasa Europy.
Kasa misiu!
Długo chwalono się świetną sytuacją gospodarczą. Próbowano
przekonywać, że sankcje nie są w stanie złamać ducha społeczeństwa. Tymczasem
wykończył się Fundusz Rezerw, nowy budżet ogranicza wydatki, a od 2014 PKB na
głowę spadło z 14,1 tys. dolarów do 10,7 - przez chwilę było nawet poniżej
poziomu 9 tysięcy. I chociaż kremlowskie gadające głowy powtarzają, że
przynajmniej Rosja nie jest na kredycie to coraz częściej wygląda to jak próba
przekonania kogoś kto zarabia 5 tysięcy przez kogoś kto zarabia 1200, że lepiej mieć jak on i być na czysto, a nie z kredytami żyć.
W końcu w 2018 władze w Moskwie musiały zdecydować się na podwyższenie wieku emerytalnego. W rosyjskich warunkach wygląda to tak, że teraz mężczyźni zaczną pracować praktycznie do śmierci. Polak na "emie" pożyje jeszcze 12 lat, Rosjanin, połowę tego - abstrahuję już nawet o jakości tego życia, bo jednak warunki pracy i życia w Polsce są "statystycznie" lepsze. Będąc przy przewidywanej długości życia mężczyzn, wskaźnik ten w przypadku Rosji wynosi 71 lat (dla naszego kraju prawie 78). Domyślacie się w jakim towarzystwie jest nasz wschodni sąsiad?
150. Ukraina 72,1
151. Honduras 71,2
152. Kazachstan 71,1
153. Nepal 71
153. Rosja 71
153. Mołdowa 71
156. Kirgistan 70,9
157. Korea Północna 70,7
21 października przebywając akurat w domu rodzinnym z okazji wyborów samorządowych włączyłem sobie z ciekawości rosyjskie wiadomości. A tam, jak grom z jasnego nieba spadło na mnie info, że w Woroneżu ludzie urządzają sobie akty społecznego nieposłuszeństwa, dlaczego? Zabili dziennikarza śledczego? Ukamienowali homoseksualistę? Nie, nic z tych rzeczy. Otóż w milionowym przeszło Woroneżu zaczęto kasować ludzi za... parkowanie aut! Objętość rosyjskich portfeli poza Moskwą i Petersburgiem nie jest na to gotowa. Społeczeństwo jest zbyt biedne, żeby płacić za parking, a państwo zbyt biedne żeby nie zdzierać z obywateli. Koło się zamyka - trzeba
czekać na podwyżkę cen surowców energetycznych. Który to już raz?
Ruski mir trzeszczy
Największy cios grupa Putina otrzymała ostatnio jednak z innej strony. Synod w Konstantynopolu postanowił przychylić się do ukraińskich próśb i utworzona zostanie tamtejsza autokefaliczna cerkiew prawosławna. Dla rosyjskiej cerkwi oznacza to odpływ olbrzymiej ilości wiernych (około 1/3) i przede wszystkim co za tym idzie... pieniędzy! A Moskwa potrzebuje pieniędzy! - jak wykazaliśmy wcześniej. Od czasów carskich, przynajmniej od Iwana Groźnego tamtejsze świątynie i ich gospodarze są faktycznie mocno powiązani z władzą świecką, brak pieniędzy może ograniczyć "działalność misyjną", zasięg i siłę oddziaływania cerkwi. Oczywiście już zaczynają się pierwsze narracje, że wierni na Ukrainie, którzy pozostaną przy Moskwie są zagrożeni, ich świątynie będą atakowane. Ilość tego typu plotek z czasem będzie zapewne się zwiększać.
Wracając do 2014 chciałbym zauważyć jeszcze jedną rzecz. Konflikt na Krymie i w Donbasie na dłuższą metę okazał się być jednak katalizatorem przemian na Ukrainie i to jest prawdziwa porażka Kremla. Dzisiaj coraz więcej osób mówi w rodzimym jeżyku. W związku z wyjazdami na Zachód (do Polski) młodzi Ukraińcy mają okazje na własne oczy zobaczyć kraj, który szybko zerwał więzi z Rosją i mimo iż był na początku lat 90 miał niższe PKB na głowę od ich ojczyzny to teraz dogania już biedniejsze kraje starej Unii. Widzą różnicę. Sojusz z Moskwą nigdy nie da Kijowowi tego kapitału, który pozwoli rozhuśtać tamtejszą gospodarkę, nigdy nie da tych inwestycji w infrastrukturę i nigdy nie będzie wywierał presji na obniżenie poziomu korupcji, a raczej może grać na jego konserwacje. Dodatkowo możliwość wyjazdu do Soczi, Archangielska czy Wołgogradu nie dla każdego jest równie kusząca co Mediolan, Walencja czy Amsterdam. Przyjaźni ukraińsko-rosyjskiego nie pomaga również fakt, że na froncie wciąż umierają ludzie. Papierkiem lakmusowym przemian niech będzie sondaż w sprawie, o której pisałem wyżej - zimnej wojny konfesyjnej - 45% wiernych pójdzie za Kijowem, tylko 17% zostanie z Moskwą. Można przypuszczać, biorąc pod uwagę obecną dynamikę przemian, że z czasem różnica ta będzie się tylko pogłębiać.
Matrix prowokacji
Przy wszystkim co napisałem wyżej opowieści o rzekomych prowokacjach ukraińskich okrętów w cieśninie kerczeńskiej brzmią jak dowcip, w którym najzabawniejsze są te niewypowiedziane pointy o tym jak niedawno wybudowany przez Rosjan most zmniejszył możliwości żeglugi po morzu azowskim statków eksportujących w świat ukraińskie rudy metali i płody rolne (według niektórych szacunków 70% całego eksportu), łamiąc jednocześnie warunki umowy dwustronnej z 2003 roku, albo fakt, że ukraińska flota została zatrzymana na wodach międzynarodowych Morza Czarnego, nie zaś w cieśninie kerczeńskiej.
Wszyscy znamy te historię o mniejszych i słabszych, którzy prowokują silniejszych. Ten scenariusz powtarza się w historii regularnie, zazwyczaj gdy pojawia się jedno państwo mające silną armię i trochę na bakier z demokracją oraz drugie słabsze od niego i położone w bliskim sąsiedztwie. Niemcy tylko chronili mieszkańców Sudetenlandu przed opresyjnym praskim reżimem w 1938r. Rok później uczciwie odpowiedzieli na atak na radiostację w Gliwicach. W 1937 roku Japończycy zostali brutalnie sprowokowani na moście Marco Polo w Chinach i 6 miesięcy później znowu, bo przecież wszyscy wiedzą, że nie ma nic bardziej prowokującego niż ochrona własnej stolicy. Wobec tego Nankin spotkała "zasłużona" rzeź, która według różnych szacunków pochłonęła od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy ludzkich istnień. A wystarczyło się nie bronić!
Moskwa też ma swoje piękne zapiski na tych kartach. W 1939 Finowie ostrzelali przygraniczną wioskę w ZSRR. Zagrożenie było poważne, niedaleko znajdowało się przecież miasto Lenina - wodza rewolucji! Była zbrodnia to dosięgła ich sprawiedliwa kara. Gruzja również sprowokowała Rosję w 2008 próbując przywrócić integralność terytorialną swojego kraju po kilkunastu latach - czy może być coś bardziej bezczelnego? Odpowiedź była znowu adekwatna rosyjskie czołgi zatrzymały się przed Tbilisi i tylko dlatego, że akurat w trybie ekspresowym przylecieli goście z zagranicy z Lechem Kaczyńskim na czele. Nie mówiąc już o niespokojnym mołdawskim żywiole, którego prowokujące zachowanie (zabicie rosyjskiego studenta w gorącym okresie po 50 latach okupacji ) sprawiło, że zagrożone zostały najważniejsze interesy Moskwy w związku z tym po upadku ZSRR pozostawili tam swoją 14. armię żeby pilnowała porządku. O prowokatorach z Budapesztu, Pragi i Gdańska (kolejno 1956, 1968 i 1980) nawet nie będę wspominał. Tylko czekać, aż nota dyplomatyczna krajów bałtyckich w sprawie Ukrainy uderzy z całą siłą w Kreml, który na taką prowokacje będzie mógł odpowiedzieć tylko starym sprawdzonym użyciem siły.
Prawa i obowiązki
Moskwie wyraźnie kończy się kasa, a obywateli trzeba przekonać, że bezpieczeństwo jest najważniejsze i każda kopiejka, który zamiast na masło idzie na armaty to kopiejka dobrze spożytkowana. Sytuacje komplikują wybory na Ukrainie, na które Rosja wpływa de facto swoimi działaniami już teraz. Temat aneksji morza azowskiego będzie powodować radykalizacje retoryki wojennej w trakcie kampanii wyborczej nad Dnieprem. Będzie to wykorzystywane przez propagandę przeciwnika. W tym miejscu nie wolno zapominać, że akurat Ukraina poza buńczucznymi słowami wiele krzywdy Rosji zrobić nie może, na odwrót póki co DZIEJE SIĘ odwrotnie. No i ogranicza to jednak swobodę działania Kijowa. Nie jest to przyłączenie lądu, ale w zasadzie zamyka kawałek ukraińskiego wybrzeża zabierając mu geograficzny atut, jak i realne pieniądze. Jest to też sygnał, że Rosja w jakieś bliższej lub dalszej perspektywie czasowej może podjąć działania zmierzające do zabezpieczenia drogi lądowej na Krym, czyli, dosadnie mówiąc, oderwaniu jeszcze jakiegoś kawałka terytorium dla siebie.
Tymczasem w Polsce i ePolsce poza notą dyplomatyczną i słowami wsparcia, Internet wypełnia przeraźliwy jazgot. "NIE PROWOKOWAĆ ROSJI/ NIE MACHAĆ SZABELKĄ!", więc pytam, gdzie jest granica? Co wolno nam zrobić? Możemy zaprotestować? Możemy wysyłać na Ukrainę instruktorów? Czy wolno nam bezkarnie zdywersyfikować źródła energii, jeżeli Rosja nawet nie udaje, że traktuje nas jak normalnego partnera do negocjacji? Domaganie się zwrotu Tupolewa było, w którymś momencie prowokacją? Czy jeżeli na osiedlu jest jeden oprych, który terroryzuje innych to mamy udawać, że nic się nie dzieję, bo dzisiaj rozrabia dwa domy dalej?
Polska ma większą wymianę handlową z Niemcami niż Rosja - w każdym możliwym aspekcie wielkość całkowita, import, eksport. Za Odrą zaczyna się też spóźniona dyskusja o tym co zrobić z Nord Stream 2 i pierwszy raz mamy tak głośne głosy sprzeciwu: Der Spiegel, Frankfurter Allgemeine Zeitung, Annalena Baerbock (szefowa rosnących w siłę Zielonych). Niezależnie od tego czy powstrzymanie projektu jest jeszcze możliwe (w tym momencie wydaje się, że nie) nasz kraj ma prawo i obowiązek formułować na arenie międzynarodowej własne zdanie i próbować wpływać na swoich sojuszników. Nie róbmy sami z siebie pariasa Europy.
Komentarze
Prześlij komentarz