Karuzela
wokół brexitu trwa w najlepsze, ale mając z tyłu głowy marcowy deadline w tej
sprawie, wiążące decyzje muszą zapaść niedługo. W tym momencie Brytyjczycy
grają rolę dzieci zagubionych we mgle i biorąc pod uwagę aktualną dynamikę
zmian może okazać się, że z tej mgły Wyspiarze wyjdą mocno poobijani.
Brexit,
którego nikt nie chce
Wynegocjowana
umowa nie zadowala nikogo i premier Theresa May przełożyła głosowanie nad jej
przyjęciem w parlamencie na styczeń. Nieżyczliwi komentatorzy mówią wprost, że
decyzja ta ma postawić Izbę przed ultimatum. "Albo wybierzecie mój
projekt, albo czekać nas będzie chaos" zdaje się mówić wywodząca się z
konserwatystów szefowa rządu. Sytuację komplikuje dodatkowo rozdarcie
brytyjskiej sceny politycznej. W żadnej z dwóch głównych frakcji nie ma
konsensusu co do samego brexitu. Jakby tego było mało jego zwolennicy też są
podzieleni w sprawie jak rozwód z Brukselą miałby przebiegać.
Problemów
jest wiele. Jedną z głównych kwestii spornych jest przyszły kształt granicy
pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną. Niektóre miejscowości musiałyby zostać
podzielone i łatwo wyobrazić sobie tysiące małych problemów po przywróceniu
kontroli w ruchu granicznym. Lepiej nie pytać, jak uciążliwe stałoby się życie
wszystkich przedsiębiorców prowadzących firmy? Co prawda umowa May zakładała
specjalny status Ulsteru, ale na tę umowę jak wspomnieliśmy wyżej nie ma zgody
w parlamencie. Obserwatorzy zwracają uwagę, że gdyby głosowanie odbyło się
dzisiaj rząd przegrałby to starcie nawet o około 200 głosów - ostatni raz rząd
brytyjski przegrał starcie różnicą 100 głosów w... 1924 roku.
Oczywiście
w Irlandii pojawiają się nieśmiałe pomysły zjednoczenia wyspy i należy się
spodziewać, że ewentualny twardy brexit będzie je tylko podsycał. Jak bumerang
powróciła również kwestia niepodległości Szkocji. Część obserwatorów myślała,
że Edynburg poczeka na rozwój wypadków po drugiej stronie Kanału Północnego,
ale nic z tych rzeczy. Przypomnijmy, że Szkocja przewagą blisko 2/3 głosów
odrzuciła pomysł wyjścia z Unii w trakcie referendum z 2016 roku. Myślicie, że
rozpad Wielkiej Brytanii brzmi zbyt niedorzecznie? Czy w 2012 spodziewaliśmy
się Brexitu? Czy w 1982 ktoś myślał, że ZSRR wchodzi w ostatnią dekadę
istnienia?
Po
drugiej stronie ringu
W
sprawie Szkocji specyficznego smaczku dodaje sprawie fakt, że blisko miesiąc
temu szef hiszpańskiego MSZu Josep Borrell powiedział, iż jego kraj nie będzie
rzucał kłód pod nogi ewentualnym władzom w Edynburgu, jeżeli te będą wykazywały
chęć dołączenia do UE, a ich rozwód z Londynem przebiegnie harmonijnie. Jest to
bardzo mocna deklaracja, ponieważ do tej pory rząd w Madrycie alergicznie
reagował na uznawanie jakichkolwiek ruchów separatystycznych w Europie, casus
nieuznanego Kosowa choćby. Sam zmagał się przecież niedawno z katalońskimi
referendami, a wielu pamięta jeszcze zamachy, których dokonywała ETA dążąca do
odłączenia od Królestwa Hiszpanii Kraju Basków.
W
brukselskich kuluarach trwają też rozmowy na zupełnie inny temat. Zakładając -
co wątpliwe - że znajdzie się jednak w Londynie ktoś kto będzie chciał rozpisać
referendum dotyczące brexitu raz jeszcze i zakładając, że udałoby się uzyskać
bardziej euro entuzjastyczny wynik niż poprzednio, to co wtedy? Czy Unia
Europejska nie stworzyłaby groźnego precedensu, w którym poszczególne kraje nie
godzące się z tą czy inną decyzją zaczęłyby "zawieszać" swoje
członkostwo w strukturach organizacji. Nie współgra to za bardzo z koncepcjami
dotyczącymi pogłębiania integracji. Zarówno ewentualne cofnięcie decyzji jak i
sama obecność Wielkiej Brytanii we wspólnocie. Chyba ciężko uwierzyć, że tym
razem Londyn byłby w awangardzie integracyjnego postępu. W tym momencie zresztą
nauka płynąca z brexitu jest jasna. Lepiej się nie wychylać!
Z innej
beczki, UE jak organizacja złożona z wielu państw członkowskich, ma świadomość
jak trudny do osiągnięcia jest kompromis. Wydaje się więc wykluczone żeby
jakakolwiek renegocjacja groziła umowie brexitowej i niezależnie od tego jak
interpretowana jest decyzja o przesunięciu terminu głosowania nad tym
dokumentem, wszyscy, którzy uważają, że mają w szufladzie idealne rozwiązanie
zostaną zapewne zgaszeni przez Brukselę w trakcie pierwszej rozmowy. Wraził to
całkiem dosłownie Donald Tusk mówiąc, że alternatywą dla obecnego kompromisu
jest brak brexitu albo jego twarda wersja.
Niezależnie
od tego jak potoczy się dalej sprawa politycznego rozwodu wydaje się, że Wielka
Brytania już straciła i będzie tracić dalej. Myliłby się jednak ten kto
ograniczyłby straty do excelowych słupków na laptopach w londyńskim city. W
warstwie mentalnej / symbolicznej mit cool britannia upada na naszych oczach
ostatecznie. Mieszkańcy Wysp coraz rzadziej są jeszcze postrzegani jako
flegmatyczni, pragmatyczni i ze "zdrową dumą" (jak to się nad Wisłą
pisze) z własnego państwa i jego historii. Jaki obraz mamy dzisiaj po 2 latach
od referendum? Niekończąca się polityczna hucpa, awanturnictwo, niczym
niepoparta megalomania - niestety tak coraz częściej zaczynają wyglądać
skojarzenia z Wielką Brytanią na świecie.
Komentarze
Prześlij komentarz